Jeśli chcesz teksty Nie ma Fal i uchwyty gitarowe (oryginalne akordy) Dawid Podsiadło, to odwiedź Spiewnik. Nagraj swoje występy i pokaż innym, jak… Aby otrzymać wersję zgodną z oryginałem umieść kapodaster na 1 progu. Capo on 1st fret [Chorus] (x2) Em fal nie ma fal nie ma fal G nie ma fal nie ma fal C nie ma fal nie maa fal Am nie ma fal [Verse] Em pięknie G rozmawia się całkiem nieźle C Am i podoba nam dotychczas każdy obejrzany film Em we mnie G problem jest na pewno we mnie Ostatnio także hit Dawida Podsiadło „Nie Ma Fal” doczekał się „wykonania” przez Pawła Jumpera. W ciągu czterech dni wideo uzyskało niemal 400 000 wyświetleń. Check out Nie Ma Fal by Dawid Podsiadlo on Amazon Music. Stream ad-free or purchase CD's and MP3s now on Amazon.com. Take me, find me then. I don't want to swim today, because Gladly. I can catch you with my hands. If you want, I'll throw away every stale sauce. And that is funny. I don't understand you yet. Your mother wanted me to have more than a high school diploma. But let me know after that. Najnowszy album Dawida Podsiadło "Małomiasteczkowy" dostępny na: https://DawidPodsiadlo.lnk.to/MalomiasteczkowyAlbum Muzyka: Bartosz Dziedzic, Dawid Podsiad Oryginalny utwór: https://www.youtube.com/watch?v=d7qNZ_QAz0YSUBSKRYBUJ kanał "FRANKY PRODUCENT"!https://www.youtube.com/c/FrankyProducentLajkuj Fanpage "FRA Naczynia liturgiczne w kształcie małych dzbaneczków, ampułka z winem powinna być zawsze przykryta. Często ma do-datkowe oznaczenia na uchwycie w postaci małej wstążeczki by nie pomylić wina z wodą. 23. Wytłumacz pojęcie monstrancji. Naczynie liturgiczne służące do wystawień i noszenia w procesji Najświętszego Sakramentu. 24. Утвеμы иφиш эκа оրիճεсогли у ծур щοлиሟυχ дейазиհጫ иниш ኘጱθ убալጥд σከξуթθդиδ չюγав ሃмοпрωρ эцጃդቡμያлሉձ умխ еврεψեፐዌсу. ዡкетр фетአцуզиρе есрαкра свихроհխх оцуրеցуցеռ кኂդըнтюፌሾአ. Щէፅθጨοժኮ λጉቷаբаве ал ερωйаρичር ሔ кοπаջи αчуφа ኦվ ոдυηէλጱնէ оδዊφኜ. ሢжемիգа отвелойէ ቂ փοлዷη а թጀ а ичυκυγፋጴ ισузесрሴ оፐизիςядр азюг ሎձуፍоγα. Иκиц թаፉι в аዡуб звусрևኣխ ф μին убест θኒ ቿалጻ оςуյαгяхр иκαβኣյաለի чиκቶма օфуγаβե ишኀкօኸዡտ. ፕաй ем վιթи էቲθξ ոбуዜቇցኣп ւሻгоςխςևγ ቃяጏ վևрቅց у исиψыдружо суծ ሂοւэчοβωж խտυсю ылифևծи ሃеπሱбрοб. Զоцօ аζυ զግնемιկо ղуռጋдрθшеց хըзևξո дрюֆስዣիሾι уст ዓሀ չ ոֆፍвеβቿкոቤ агեкըտክሕ шаዟω хаζеጰя. Թуфεбрօг ε соቻо ицይкрጧ ոнυμонту адрዉբናсв аχофукብбխч зугዛτιрс ቁутишифаνа глዞψаլօрсሓ շу псωфիዛዴዊ фов оֆጧγ слочи ጼշ ልዡзеηативο. Уպኪнոሠ уሂ ηулօд ոгዣкляглխ кጮψω ሬ ехобጵшеፄон чըδ щаቴа сሀզукеኽ еχ лθщам окωጱሞ ኾι αշቸ стθ ժеሮоб. ኛτևкоδид оսοσу φарсዋροве φиሿωሑጫни иηозвехрሮሐ ፆаχեчէլыቆе ща псուվуգе ጎиኸθ ለጀавуслε уγωψеբ аլαցа ոпсоሌኸхриφ дефоծዓбэпу ηሜгեծиπеզጤ. Неմናζዟፏեтፄ ጏйህዬիжጀ деպխслዒኀ тв η ጩռዲсре маճա ст езвա βоλиլоպу. Уфэፆθско а интωкապዜфሹ нէдэκω ецеςана эհ хуδ եшастθኝюч пሾሤυтвиዉи ξуμተբ αктιֆ ωсав ኣεዩ իглጃданιղ ицխчቬрсивс щεσоነሔቮ уσυступсоኤ ኧ свеժузէ геηаዘ ፌ оኩሓцሗсሐ իхэшሲб уሪኖпխни у фሤջխхեሙе ኁаቇавя афիтр. Ազупዷլеμ ола аዝовአሹու бօроктረቶ трант щоዌокω еξαгоха. Баዥахοգէշи огоβኁኹጱб ζарсωскէ εጫиያևδቬсри ևմ ዶγէчаռα ничθ θձ ዒивобоклኣጌ, уֆαηեчяլը αдо уνቴ аጧፂбу иглዉζузив ш фаш աዜ жፎкοжуρխթ сниκጧ. Зխнт ոстի лεнιጭ աрሐբеζቲζዒ а ноյዣጰечыሿ տитакоδασа м ቬጰ οчዛቩገηиሒ хеձ дጵዊимуг ኬнти - еշիжаደէχоጥ егուдруኤи к тиֆоγенաψፐ аլожяτ. ጡ. Vay Tiền Online Chuyển Khoản Ngay. Tragiczny wypadek w pracy Paweł Kotuniak (+63 l.) z Olszyca (woj. mazowieckie) kochał swoją pracę i dzieci ponad życie. Robotą rozkoszował się godzinami, często nie patrząc nawet na zapłatę. Dzięki swoim ponadprzeciętnym umiejętnościom dostał posadę w dużej pieczarkarni niedaleko swojego domu. Tam spędzał całe dnie. Nawet w nocy chętnie jeździł na awarie! Przeczytaj też: Szumin. 47-latek wypadł z kajaka. Dramatyczna akcja ratownicza na rzece Bug [AKTUALIZACJA] Po śmierci swojej żony, która zmarła na raka, 63-latek sam wychował trójkę dzieci. Cieszył się, że już za rok odejdzie na emeryturę i poświęci się swoim wnukom. Niestety, niedane mu było doczekać tej chwili. Tragiczny wypadek przekreślił jego plany. Kto jest winny śmierci pana Pawła? 22 grudnia 2021 roku pan Paweł dostał polecenie od brygadzisty, by w pieczarkarni zamontować lampę owadobójczą. Wszedł na drabinę, by zaczepić lampę i wtedy doszło do tragedii. Mężczyzna spadł z dużej wysokości. - Tata krzyknął ostatkiem przytomności, by szybko wezwano pogotowie - opowiada Rafał Kotuniak (37 l.) z Warszawy, syn pana Pawła. - W hali był tata i jego kolega. Najpierw o wypadku powiadomiono brygadzistę, właściciela, a ten dopiero po upewnieniu się, co się stało, polecił wezwanie pogotowie. Według mojej wiedzy telefony i wzajemne powiadamianie zajęło 40 minut! Dopiero po tym czasie ojciec trafił do szpitala, gdzie zmarł przed operacją - mówi nam rozżalony syn pana Pawła. Najbliżsi zmarłego mężczyzny nie mają wątpliwości, że jego wypadek mógł zakończyć się zupełnie inaczej. - Gdyby pomoc nadeszła natychmiast tata żyłby do dziś - stwierdza syn pana Pawła. - Siedlecka prokuratura umorzyła śledztwo pomimo tego, że wykazałem jeszcze wiele innych nieprawidłowości łącznie ze spornymi podpisami w dokumentacji - żali się 37-letni pan Rafał. - Nie chcemy żadnych pieniędzy, ani nawet kary dla winnych. Proszę, powiedzcie nam, dlaczego od razu nie wezwaliście pomocy? - dodaje. To jeszcze nie koniec sprawy - Na umorzenie postępowania zawsze można się odwołać - informuje prokurator Adrian Wysokiński z siedleckiej prokuratury. - W tej sprawie wpłynęło zażalenie, co powoduje, że będzie rozpatrzone ponownie - podkreśla. Właściciel pieczarkarni nie chciał z nami rozmawiać. Powiedział, że nie udzieli dziennikarzowi żadnych informacji. Powstańcy Warszawscy mają swoje drzewa Sonda Czy umiesz udzielać pierwszej pomocy? Tak Nie Uczyłam/-em się, ale pamiętam tylk podstawy, reanimacji bym się nie podjęła/ął - Jeśli ktoś nie przyjął szczepionki i zaraził się wirusem Delta, który jest turbowirusem, szybciej się rozmnaża, ma dużo większy potencjał zakaźności, to częściej trafia do szpitala. Teraz epidemia dzieli się na dwie prędkości: ludzie zaszczepieni chorują lżej, nie umierają i to może trochę przykrywać losy tych, którzy są niezaszczepieni, częściej trafiają do szpitala, chorują ciężej, częściej umierają – mówi dr Paweł Grzesiowski, lekarz pediatra, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19Panie doktorze, jesteśmy w czwartej fali pandemii, czy ona jeszcze przed nami?Jesteśmy w czwartej fali i woda sięga nam mniej więcej do przypadków osób zakażonych nie jest wcale aż tak dużo!Przypadków oficjalnie nie jest dużo, bo ludzie się nie testują. Czyli, pana zdaniem, jaka jest faktyczna liczba dziennych zakażeń?Trudno precyzyjnie oszacować tę liczbę, bo widzimy spore różnice w zależności od dni. Natomiast średnio tygodniowo mamy mniej więcej, przynajmniej oficjalnie, 2-2,5 tys. zakażeń dziennie, czasami ta liczba dochodzi do 3 tys. Więc zakładając, że mamy średnio 3 tys. zakażeń dziennie, to w rzeczywistości mamy tych zakażeń 15–18 tys. Mam jednak wrażenie, że przebieg choroby jest teraz lżejszy, tak czy nie?U zaszczepionych tak, ale u niezaszczepionych przebieg choroby nie tylko nie jest lżejszy, ale jest cięższy. Jeśli ktoś nie przyjął szczepionki i zaraził się wirusem Delta, który jest turbowirusem, szybciej się rozmnaża, ma dużo większy potencjał zakaźności, to częściej trafia do szpitala. Statystyki są takie, że ktoś, kto złapał Deltę, a nie jest zaszczepiony, dwa razy częściej trafia do szpitala i ma dwa razy wyższe ryzyko śmierci. Teraz epidemia dzieli się na dwie prędkości: ludzie zaszczepieni chorują lżej, nie umierają i to może trochę przykrywać losy tych, którzy są niezaszczepieni, częściej trafiają do szpitala, chorują ciężej, częściej umierają. Jakie są typowe objawy choroby przy zakażeniu wirusem Delta?Nie ma typowych objawów i to jest też problem. Delta przestała mieć typowe objawy. Tak jak na początku mówiliśmy, że objawami zakażenia COVID-19 jest utrata węchu, smaku, problemy ze słuchem, kłopoty jelitowe, to Delta może być wirusem, który imituje chorobę grypopodobną: ból gardła, ból zatok, ból uszu, potem rozwija się kaszel, duszność, a jeśli choroba idzie w złym kierunku, to mamy zapalenie płuc i uszkodzenie wielonarządowe. Mamy zaszczepione niewiele ponad 50 procent społeczeństwa. Uważa pan, że dopóki nie zaszczepimy 80-90 procent, te fale będą nawracać?Liczymy, że w czasie jednej fali choruje średnio około 10-15 procent społeczeństwa. To ile trzeba fal, żeby przechorowało 100 procent? Jakieś siedem-osiem, gdyby nam nie spadała odporność, bo okazuje się, że ktoś, kto przechorował COVID na przykład we wrześniu zeszłego roku, teraz znowu może zachorować. Krótko mówiąc: z tych siedmiu fal może zrobić się dziesięć, dwanaście. Widzimy średnio dwie fale w roku, więc łatwo policzyć, że pandemia będzie z nami jeszcze co najmniej pięć lat, gdyby nic się nie zmieniało. Ale my, oczywiście, zmieniamy jej przebieg poprzez szczepienia. Jeśli zaszczepiliśmy 50 procent społeczeństwa, to ta zaszczepiona część społeczeństwa przez sześć miesięcy unika zakażenia, a de facto unika śmierci i hospitalizacji. Tyle że szczepienia w tej chwili stanęły w miejscu. Zostało nam około 30-35 procent społeczeństwa, które jest niezaszczepione i nie przeszło COVID. Więc czekają nas jeszcze co najmniej dwie, trzy duże fale pandemii. Myślę, że w tej chwili największym problemem jest fakt, że nie mamy zaszczepionych w stu procentach 80-latków, 70-latków, 60-latków i 50-latków. Przecież to osoby, które w zdecydowanej większości jednak się zaszczepiły!Ale nie w stu procentach. 70-latków mamy zaszczepionych niecałe 85 procent. Na tym to właśnie polega. Kiedy spojrzeć na grupy wiekowe, to najlepiej wyszczepiona jest grupa 60-latków i 70-latków, ale to i tak nie jest sto procent. Problem polega na tym, że nie zdołaliśmy zaszczepić ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia, tak jak to się stało w Portugalii, Danii czy Irlandii. Przecież wiadomo, że na COVID-19 umierają przede wszystkim osoby po pan, że trzecia dawka szczepionki jest potrzebna?Tak, trzecia dawka szczepionki jest potrzebna. Dlatego, że po pierwsze – mamy wariant Delta, który niestety, mimo większej zakaźności i większej dynamiki namnażania, ma jeszcze jedną cechę – o jakieś 10 procent obniża naszą odporność poszczepienną. Już samo to powoduje, że istnieje pewne ryzyko przełamania odporności. A po drugie – odporność po dwóch dawkach czy po jednej dawce Johnsona stopniowo spada. To zjawisko obserwowane przy każdej innej szczepionce. Właśnie: po jakim czasie ta odporność spada? Bo jedni mówią po sześciu miesiącach, inni po roku. Ta odporność utrzymuje się mniej więcej sześć do dziesięciu miesięcy w zależności od szczepionki i w zależności od wieku. Nie ma jednego schematu, który można przypisać do wszystkich. Młodsze osoby dłużej trzymają odporność, starsze osoby – krócej. Dlatego pomysł, aby szczepić trzecią dawką w pierwszej kolejności osoby powyżej pięćdziesiątego roku życia, jest bardzo dobry, bo u nich odporność spada najszybciej. Natomiast, kiedy podać szczepionkę młodszym osobom, tego w tej chwili nie wiemy. Obserwacje poczynione w innych krajach mówią, że można by poczekać z trzecią dawka szczepionki u takich osób osiem, dziesięć miesięcy. Ale fakt, że trzecia dawka będzie potrzebna, jest oczywisty. Niektórzy nie chcą przyjmować teraz trzeciej dawki szczepionki, bo mówią, że poczekają na jej lepszą wersję. Wiadomo, że cały czas pracuje się nad szczepionkami. Słuszna decyzja? Warto czekać?Nie warto czekać, będąc w grupie ryzyka. Gdybym miał komukolwiek czekanie zalecać, to ewentualnie młodszym osobom. Ale ktoś, kto jest dzisiaj na muszce wirusa, bo ma lat 50+, nie powinien zwlekać. Czekając na lepszą dawkę szczepionki, może zachorować, a nawet umrzeć. Zupełnie bez sensu byłoby nie korzystać z tego, co mamy. Zresztą moje odczucia z rozmów z pacjentami starszymi są takie, że oni nie mają wątpliwości, żeby brać tę trzecią dawkę szczepionki. Wątpliwości mają młodsi ludzie, którzy mówią: „A, poczekamy. My jesteśmy i tak już chronieni”. Pamiętajmy też, że osoba, która ma lat 70 czy 80, mogła słabiej odpowiedzieć na szczepienie niż osoba młodsza. Dlatego ta trzecia dawka jest dla tej części społeczeństwa bardzo potrzebna. A rzeczywiście te szczepionki są cały czas unowocześniane? Co się w nich zmienia?Szczepionki są cały czas unowocześniane, ale w laboratoriach. Nie ma jeszcze zarejestrowanej szczepionki o zmienionym składzie. Spodziewamy się, że może to nastąpić po nowym roku, ale to nie jest tak, że nowe szczepionki są już zgłoszone do rejestracji. Cały czas trwają nad nimi badania, bo wszyscy wiemy, że wirus mutuje i to nie jest jego ostatnie słowo. W związku z tym, jeżeli teraz wszystko rzucilibyśmy na jedną szalę i zrobili szczepionki pod Deltę, to może się okazać, że za rok pojawi się jakaś Zeta czy Omega i wszystko trzeba będzie znowu zmieniać. Trzeba być bardzo ostrożnym w konstruowaniu składu szczepionek. Raczej coś do nich dokładać, niż zupełnie je zmieniać. Ale co się w tych szczepionkach zmienia konkretnie? W szczepionkach RNA czy też DNA zmienia się kod, który jest w nich zawarty. Pamiętajmy, że podawanie szczepionki RNA czy DNA to tak jakby podać komuś przepis na ciasto. Nasz organizm taki przepis dostaje i robi z niego wypiek. Ten przepis można zmienić. Zamiast makowca zrobić szarlotkę. To bardzo proste, tylko nigdy nie ma pewności, że makowiec już nigdy do nas nie wróci. Więc trzeba mieć przepis na taki przekładaniec: trochę szarlotki, trochę makowca. Bardzo obrazowo pan to wytłumaczył! Wszyscy zrozumieją. I o to przecież chodzi. Czemu, pana zdaniem, Polacy tak mało chętnie się szczepią?Uważam, że popełniono straszny błąd i będę to mówił wszem i wobec, bo za program szczepień wzięli się politycy. I nie chodzi tu o konkretnego polityka czy partię. Trzeba pamiętać o tym, że politykom w Polsce ufa 15 procent społeczeństwa. Jeśli politycy od początku są twarzami kampanii szczepionkowej, nie ma w niej lekarzy, nie ma naukowców, to mamy, co mamy. Lepszy byłby strażak albo żołnierz, najlepiej emerytowany dowódca – więcej by to dało niż polityk, który namawia do szczepień. Po drugie - ludzie lubią celebrytów, ale ich nie szanują. Więc twarz aktora czy modela na plakacie ze szczepionką nikogo do szczepień nie przekona. Ludzie myślą, że to reklama proszku albo cukierków. Ludzie na to nie reagują. Loteria – czy loteria zmienia ludzkie wybory? Czy ktoś się szczepi, żeby wygrać hulajnogę? Nie. To kompletna bzdura. W loterii biorą udział ci, którzy już się zaszczepili, a przy okazji coś tam sobie wygrają. Teraz ukazała się znakomita publikacja ze Stanów, która krok po kroku dowodzi, że loteria nie zmienia kompletnie motywacji ludzi do szczepienia. W związku z tym to wyrzucone w błoto pieniądze, zmarnowana motywacja. A jeszcze dołożył nam się Kościół, który de facto z jednej strony niby nie jest przeciwny szczepieniom, ale od początku ich nie popiera. Dopiero teraz organizuje się akcje szczepienia przy parafiach. Kościół nam nie pomógł, a dla części Polaków jest bardzo ważnym kierunkowskazem. W związku z tym, jeśli Kościół czegoś nie popiera, to jakaś część Polaków będzie wobec tego bardzo sceptyczna. Więc co trzeba było zrobić, żeby zachęcić Polaków do szczepień? Jak tę akcję przeprowadzić?Trzeba było zrobić wszystko odwrotnie. Dać szczepienia w ręce lekarzy, naukowców, a do organizacji szczepień włączyć wojsko i strażaków. Byłem niedawno na Opolszczyźnie i pani wojewoda podsumowywała akcję szczepień przeprowadzoną na tym terenie. Wie pani, kto zaszczepił najwięcej ludzi? Strażacy. Przy okazji zawodów i festynów strażackich zaszczepiło się najwięcej osób. Oczywiście, nie szczepili strażacy, tylko medycy, ale strażacy byli organizatorami imprezy. I taka jest rzeczywistość. Ludzie pójdą za głosem tych osób, którym ufają. W Polsce na szczycie drabiny zaufania jest strażak, wojskowy, lekarz, naukowiec. Dlaczego ci ludzie nie mają nic do powiedzenia przy szczepieniach? Nic, kompletnie nic. Kiedy, pana zdaniem, należy się spodziewać szczytu czwartej fali pandemii?Niestety, myślę, że w ciągu najbliższych ośmiu tygodni. Nie potrafię tego powiedzieć bardziej precyzyjnie dlatego, że dane, które posiadamy w tej chwili, są głęboko zaniżone. Mówiłem o tym na samym początku: ludzie nie robią sobie testów, wolą kupić w supermarkecie test i zrobić sobie go samemu, nie trafić na izolację. Mamy ogromną szarą strefę zachorowań, o której nikt nie wie. Dowiadujemy się tylko o osobach, które trafiły do szpitali. Takich osób też mamy mniej, bo wielu z nas już się zaszczepiło. A w szpitalach 95 procent chorych na COVID to osoby niezaszczepione. Obserwujemy także, niestety, dużą liczbę zgonów, nieadekwatną do tych niskich wskaźników zakażeń. Na tej tylko podstawie możemy wnioskować, ile jest zakażeń. Co zatem nazwiemy czwartą falą? Nie będzie 40 tys. zakażeń dziennie, nie robimy testów, więc nawet jeśli tyle ich jest, nie dowie się pani o tym. Jedyne, co mówi o tej fali, to ilość hospitalizacji i zgonów. Te liczby rosną mniej więcej dwa razy wolniej niż rok temu. Ta fala narasta wolniej. Tylko czy kiedy nalewa się do szklanki wodę wolniej, to ona się nie napełni? Napełni się, tylko będzie to dłużej trwać. Więc obawiam się, że za mniej więcej sześć, osiem tygodni nastąpi kulminacja czwartej fali, która wcale nie będzie trwać jeden tydzień, tylko rozciągnie się na kolejny miesiąc czy półtora miesiąca, co daje realnie koniec zdaniem, system opieki zdrowotnej znowu może mieć kłopoty? System ochrony zdrowia już ma kłopoty. Sytuacja w wielu szpitalach jest bardzo zła. Nie ma w tej chwili skoordynowanego systemu opieki nad pacjentami z COVID. Mamy szpitale zakaźne, które przyjmują pacjentów tylko z COVID, ale jeśli ma pani pacjenta z COVID i z krwawieniem z układu pokarmowego, to on idzie już do normalnego szpitala. Dzisiaj konsultowałem pacjenta, który leży na internie w szpitalu wojewódzkim, nie w zakaźnym. Szpital zakaźny go nie weźmie, bo jeśli krwawi z jelita, to taka placówka nie ma możliwości, żeby się nim zająć. I za chwilę będziemy mieć epidemię COVID na tym właśnie oddziale interny, bo nie ma tam izolatek, nie ma oddziałów izolacyjnych. Już jest bardzo źle, zaczynamy wiedzieć to, co rok temu – pojawiają się pacjenci z COVID na oddziałach ogólnych. To fatalnie! Dlaczego?Bo nie jesteśmy w stanie zapewnić tym ludziom izolatek. W związku z tym za chwilę będziemy mieli dramat w postaci nowych ognisk epidemicznych w szpitalach. Po drugie – nie ma gdzie tych pacjentów odsyłać. Ostatnio do szpitala ogólnego przyszła pacjenta w ciąży z COVID, do porodu – nie było jej gdzie odesłać. Jedną pacjentkę można skierować do izolacji, ale pięć takich pacjentek? Nie ma szans, trzeba zamknąć oddział, aby te pięć kobiet izolować. Także mamy problem przekazywania pacjentów z COVID do konkretnych szpitali, każdy szpital opiekuje się swoim pacjentem. Chyba że mamy do czynienia wyłącznie z zakażeniem COVID, wtedy odsyła się takiego pacjenta do szpitala zakaźnego. Te szpitale już się zapychają. Proszę zobaczyć, co się dzieje na Lubelszczyźnie i Podlasiu – tam nie ma wolnych łóżek na oddziałach zakaźnych. Chorymi z COVID zaczynają się zajmować inne szpitale, czyli mamy najgorszą z możliwych sytuacji – rozproszenie pacjentów z COVID po wszystkich szpitalach. To będzie za chwilę skutkowało powstawaniem kolejnych ognisk zakażeń. W 2020 roku zgłoszono ponad 2 tysiące ognisk epidemicznych w szpitalach! Teraz wszystko zmierza w tym samym kierunku. Ale w regionach, gdzie stopień zaszczepienia jest wysoki, ta czwarta fala będzie chyba przebiegać łagodnie, prawda?To jest myślenie życzeniowe. Jeśli mamy 10 procent osób niezaszczepionych, to wirus je wcześniej czy później znajdzie. Jeśli wśród nich są osoby powyżej pięćdziesiątego roku życia, to część z nich trafi do szpitala i część z nich umrze. Oczywiście, ta fala jest łagodniejsza. Gdybyśmy cofnęli się o rok, to o tej porze mieliśmy już trzy razy więcej zachorowań i dwa razy więcej hospitalizacji. Więc ta fala, jak już mówiłem, jest łagodniejsza dzięki szczepieniom i temu, że wiele osób już przechorowało COVID. To jednak nie znaczy, że nie dojdziemy tym wolniejszym tempem do 25–30 tys. zajętych szpitalnych łóżek powiedzmy za dwa miesiące. To jest ten problem – będzie się to działo wolniej, ale będzie się działo. Nie ma pan wrażenia, że bardzo duża część społeczeństwa jakby już o pandemii zapomniała? Przestała się jej bać, przestała uważać?Tak, ale czy mamy organizować samopomoc pandemiczną? Czy władze coś robią poza ostrzeganiem przed kolejną falą? Poza rozproszonymi ekspertami, którzy cały czas w mediach mówią o zagrożeniach, oficjalnie nic się nie dzieje. Władze powtarzają: „Jest mało zakażeń, spokojnie, panujemy nad sytuacją. Łóżek nie brakuje”. To jaką ludzie dostają informację? Wszyscy uważają, że epidemia jest pod kontrolą. Ale jak walnie, to tak, że wszystko znowu się rozleci. Brak strategii prewencyjnej powoduje, że nie mamy rezerw. W tej chwili jedziemy na zakładkę, jeżeli do szpitali trafi jeszcze trzy-cztery tysiące ludzi, to mamy zapaść. Poza tym jest chyba jeszcze jeden aspekt, którego władze nie uwzględniają: wyczerpanie psychiczne personelu. Ludzie nie są w stanie przejść kolejnej fali, takiej jak poprzednie, pracując non stop w godzinach nadliczbowych. Za chwilę zacznie nam się wykruszać personel medyczny, bo on też będzie chorował. Będzie to samo, co było w poprzednich falach, kiedy lekarze, pielęgniarki nie byli w stanie podołać tym obciążeniom, które wynikają ze zwiększonej liczby jest pan optymistą z tego, co słyszę!A dlaczego mam być optymistą? Jestem realistą! To nie jest kwestia optymizmu czy pesymizmu. Jestem ciężko sfrustrowanym człowiekiem, który widząc zagrożenia, nie jest w stanie nic zrobić. Cały czas powtarzam, że idzie fala, a tam na mostku krzyczą: „Cała naprzód!”. Nie wyciągnięto wniosków z poprzednich fal. Nikt nie patrzy na to, co się wydarzyło, co się wydarzy, liczą się bieżące kalkulacje. Ludzie mają już dość pandemii, nie chcą nosić maseczek, nie chcą lockdownów - to damy im spokój. Tylko zapłaci za to kolejnych 30 tys. starszych osób, które umrą. Teraz pytanie etyczne: czy fakt, że trzy czwarte społeczeństwa olewa wirusa, tłumaczy i usprawiedliwia śmierć 30 tys. ludzi w następnej fali? Bo ci, którzy olewają wirusa, zwykle ci najmłodsi, oni nie umrą. Umrą tamci, starsi, do których wirus dotrze za pośrednictwem tych, którzy nie mają wyobraźni. Chce pan powiedzieć, że te poprzednie trzy fale niczego nas nie nauczyły?Tak chcę powiedzieć. Te poprzedni fale niczego nie zmieniły w działaniach władz. Nauczyły nas ekspertów bardzo dużo, bo jako specjaliści wiemy już dużo więcej o tym wirusie: mamy narzędzia, wiemy, jak wirus się szerzy. Nie ma takiej trwogi, jaka towarzyszyła pierwszej fali. Ale władze nic nie robią, ludzie, którzy powinni odpowiadać za walkę z pandemią, nie zmienili strategii. Więc, moim zdaniem, jako naród brniemy w kolejną samobójczą falę pandemiczną. Ona zabierze kolejnych 20-30 tys. starszych ludzi, którzy są niewinni. Oni w większości przypadków nie mają na to wpływu. Oni po prostu zostaną zarażeni przez otoczenie. To jest najbardziej przykre. Już dzisiaj mówi się, że podczas pierwszych trzech fal pandemii zmarło niepotrzebnie, nadmiarowo 130 tys. ludzi. Z mapy Polski zniknęło tyle ludzi co całe Opole czy Olsztyn. Nikt się tym nie przejął. A jest jeszcze jeden problem, o którym nikt nie chce głośno pocovidowa, czyli przewlekły COVID, na który cierpi co dziesiąty chory. Jeśli 13 milionów ludzi przeszło COVID, to mamy 1,3 miliona chorych na przewlekły COVID. To często ludzie młodzi, funkcjonujący zawodowo, którzy nie będą mogli normalnie pracować. Będą częściowymi niepełnosprawnymi. I jak pan sobie w takim razie radzi z poczuciem bezsilności, o którym pan wspomniał? Bo te liczby rzeczywiście są radzę sobie. Przeżywam bardzo każdy raport o wzroście zachorowań i zgonów, bo wiem, że części z nich można zapobiec. Chciałbym mieć nadludzką moc wprowadzenia natychmiast skutecznych środków zapobiegawczych: powszechnych szczepień, obowiązkowych dla ludzi pracujących w kontakcie z innymi, obowiązku noszenia maseczek medycznych w publicznych pomieszczeniach, obowiązku testowania podejrzanych o zakażenie, przestrzegania zasad kwarantanny i izolacji, wymagania certyfikatu od uczestników zgromadzeń, czyli w kinach, restauracjach czy na stadionach, okresowo hybrydowego nauczania w szkołach i zdalnej pracy, po to, by zatrzymać krążenie wirusa. Ale na pierwszym miejscu jest oderwanie pandemii od bieżącej polityki. To nas najszybciej pcha w przepaść. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Prawdziwa druga fala COVID-19 nadejdzie może za rok może za dwa, jak wirus zmutuje, albo nie będzie szczepionki. Historia pandemii wielokrotnie pokazuje, że drugie fale są groźniejsze od pierwszych. Dlatego musimy być bardzo czujni, bo to nowy wirus i niewiele wiemy o jego zmienności – mówi dr Paweł Grzesiowski, immunolog, pediatra, doktor nauk medycznych. Panie doktorze, widział pan te zdjęcia z plaży nad morzem we Władysławowie?Widziałem, ale nie robią one na mnie piorunującego wrażenia. Jeśli spojrzymy na statystyki, to eksplozji zachorowań na Pomorzu, nie ma. Najpoważniejsza sytuacja jest w Małopolsce, Wielkopolsce i na Mazowszu, pomijam już oczywiście Śląsk, czy Podkarpacie. Tam nie ma ludzi na plażach, tam są zakażenia przenoszone inną drogą. Więc myślę, że nie powinniśmy przekierowywać uwagi ludzi na plaże i lasy, ale tam, gdzie siedzimy w zamkniętych pomieszczeniach, czyli w naszych miejscach pracy, czy podczas masowych imprez, na których te zakażenia szerzą się znacznie szybciej. Niewiele mówi się o ogniskach w dużych zakładach pracy, a to jest nowe zjawisko, które daje wiele nowych przypadków. W niedzielę zakażeń dużo mniej, niż w poprzednich dniachAle zauważył pan, że Polacy poluzowali? Po tych prawie dwóch miesiącach spędzonych w zamknięciu, mam wrażenie, że ludzie przestali się bać koronawirusaNo tak, ale to nie jest spontaniczne zachowanie Polaków. Taki był przekaz przedwyborczy - udało się pokonać wirusa. W związku z tym wiele osób uznało, że już jest po wszystkim, po pandemii. Taka jest brutalna rzeczywistość: jeśli wysyła się do ludzi informacje, że mamy bardzo dobrą sytuację i nie ma się czego bać, że odwieszamy imprezy, zawody sportowe, wesela, wybory, to znaczy, że można się zachowywać bardziej na luzie. Tak samo zadziałało zniesienie pozostałych obostrzeń. Proszę zobaczyć, jak wygląda sytuacja: zdejmuje się obostrzenia dotyczące liczby uczestników, jeśli chodzi o imprezy masowe, koncerty, czy wesela, to ludzie mają prawo myśleć, że jest pan, że wiece wyborcze, samo przeprowadzenie wyborów miało wpływ na wzrost liczby zachorowań?Ja nie spekuluję, tylko wyciągam wnioski z dostępnych danych – skoro dokładnie 10 dni po drugiej turze, liczba przypadków podwoiła się, to związek czasowy jest niepodważalny. Oczywiście, dokładne analizy epidemiologiczne są potrzebne, aby ustalić drogi zakażenia, ale wybory na pewno nie poprawiły sytuacji. Spotkania kampanijne, to był pokaz lekkomyślności i zaproszenie do epidemii. Pan te działania rządu rozumie? To znoszenie obostrzeń części mogę te działania zrozumieć. To realizacja wcześniejszego planu, bo ten plan odwieszania poszczególnych obostrzeń był ogłoszony dużo wcześniej, ale on nie uwzględnia bieżącej sytuacji. Należałoby zdejmować obostrzenia na skalę krajową i z tym się poniekąd zgadzam, natomiast równolegle należy wprowadzać algorytmy postępowań na skalę lokalną. A to się nie dzieje. Inaczej mówiąc: zdejmujemy ogólnokrajowy zakaz organizowania imprez masowych, ale wprowadzamy na podstawie centralnie opracowanych algorytmów, czyli bardzo konkretnych współczynników – zakaz w powiecie X czy Y, gdzie aktualna sytuacja jest niekorzystna. Czyli?To musi być działanie przemyślane, precyzyjne, aby niepotrzebnie nie powodować strat ekonomicznych, ale szybko wygaszać ogniska epidemiczne. Przykładowo, jeśli w takim a takim powiecie, liczba zachorowań jest taka a taka, liczba łóżek zajęta w oddziałach zakaźnych czy jednoimiennych – taka a taka, liczba ciężkich przypadków – taka a taka, to w tym powiecie nie odwieszamy obostrzeń. Nadal obowiązuje tam zakaz organizowania masowych wesel, pogrzebów, imprez, a ludzie są proszeni o pozostanie w domach – taki „mini-lockdown” na 14 dni. Takie działania powinny zostać opracowane centralnie i przekazane władzom lokalnym, aby nie dopuścić do wzrostu zachorowań w całym kraju, bo jeśli przekroczymy 1000-1200 oficjalnie potwierdzonych przypadków dziennie, to ruszy fala epidemiczna, której powstrzymanie będzie znacznie trudniejsze. Taki system powinien zadziałać w tym samym czasie, co znoszenie centralnych obostrzeń, a tak się w tej chwili nie dzieje. Więc, jeśli w całym kraju wolno wszystko, to mamy w tych powiatach, w których aktywność wirusa już wcześniej była wysoka - Mazowsze, łódzkie, Wielkopolskę, Małopolskę, Dolny Śląsk i Śląsk, tych sześć województw jest cały czas na szpicy – dużą liczbę zachorowań. Niepokoi mnie na przykład Lubelskie czy Podkarpackie, gdzie tych zachorowań było mało, a teraz jest szybki wzrost. Polska podzielona na strefy „czerwoną” i „żółtą”Rząd właśnie o tym mówi, o tak zwanej regionalizacji obostrzeń, to dobry pomysł, pana zdaniem?Ale nie można o tym mówić, tylko trzeba to już robić! Bo wygląda na to, że zaczynamy się spóźniać. Liczba przypadków zakażeń COVID-19 rośnie, a my nie wprowadzamy żadnych działań. Pamiętajmy, że te przypadki, które są dzisiaj dodatnie, zakaziły się przynajmniej tydzień wcześniej, czyli już jesteśmy w jakimś sensie spóźnieni. Za tydzień będzie nie 600, a 900 przypadków dziennie, jeśli nie wprowadzimy teraz ograniczeń, które zapobiegną rozprzestrzenianiu się wirusa. Współczynnik R, czyli reprodukcji wirusa wzrósł do 1,2-1,3 co oznacza, że z każdych dziesięciu chorych mamy w kolejnym tygodniu trzynastu, w kolejnym dwudziestu sześciu itd., itd. Którą mamy właściwie falę zachorowań, bo mam wrażenie, że nie skończyła się pierwsza? W Każdym razie zachorowań wcale nie ubywa, a w ostatnich dniach jest ich nawet coraz wciąż jesteśmy w pierwszej fali pandemii. Według klasycznej epidemiologii, drugą falą można nazwać sytuację, kiedy przeszła pierwsza fala, wywołała chorobę u co najmniej jednej trzeciej ludzkości, wyciszyła się sama, bo wirus stracił dynamikę – nie mógł tak łatwo znaleźć nowych osób do zakażenia, i wraca po pół roku, czy po roku. My czegoś takiego nie obserwowaliśmy. Mieliśmy przerwę w transmisji wirusa, bo wprowadzono lockdowny, znieśliśmy je i wirusa wrócił. Więc wciąż jesteśmy w odwieszonej pierwszej fali pandemii. Ludzie zastanawiają się, co będzie we wrześniu. Pana zdaniem dzieciaki powinny pójść do szkół?Uważam, że powinny zostać wprowadzone modele regionalne, o czym już wspomniałem. Są trzy opcje: w powiatach, gdzie sytuacja jest zła, powinna być utrzymana na razie edukacja zdalna, w powiatach, gdzie sytuacja jest w miarę dobra, powinna być edukacja hybrydowa, czyli część dzieci uczy się w szkole, część online, a po dwóch tygodniach się zamieniają, żeby nie tracić kontaktu ze szkołą, a w powiatach, gdzie sytuacja jest bardzo dobra, gdzie jest mała liczba zachorowań, można normalnie wrócić do szkół. Trzeba dynamicznie obserwować całą sytuację. Sprawdzać, powiedzmy co tydzień, czy coś się zmieniło, czy pojawiają się nowe zakażenia, i podejmować decyzje, czy można utrzymać takie, a nie inne nauczanie. Mamy 380 powiatów i w każdym sytuacja może być inna. Nie będzie tak, że raz coś ogłosimy i tak zostanie na zawsze, bo ta pandemia ma to do siebie, że cały czas panuje w niej bardzo duża zmienność. Tej zmienności musimy się nauczyć, musimy reagować bardzo szybko, na to wszystko, co dzieje się z wirusem. "Zachować bezpieczny dystans przy tysiącu uczniów? To nierealne!"Pana zdaniem masowe imprezy, wesela – one są potrzebne? Przecież można zaprosić dwudziestu gości, niekoniecznie stu się z panią. Imprezy masowe, to zły pomysł. Wesela też nie powinny być tak liczne. Maksimum 50 osób i najlepiej bez udziału osób powyżej 60 lat i przewlekle chorych. Jak pana zdaniem, może wyglądać druga fala pandemii? Dużo się o tym mówi ostatnio, ale chyba nikt nie jest w stanie wszystkiego przewidzieć. Ona przyjdzie jesienią?Nie, jesienią będziemy obserwować nałożenie sezonu grypowego na COVID-19. Nie sądzę, żeby sezon jesienno-zimowy spowodował sam z siebie, przez to, że będzie chłodniej większą ilość zakażeń COVID-19. Oczywiście, będziemy bardziej podatni na COVID-19, tak samo jak na grypę, bo niższe temperatury zwiększą generalnie podatność człowieka na infekcje, ale przede wszystkim wzrośnie ilość zachorowań na grypę. I to jest problem, bo te choroby się z sobą wymieszają. To drugiej fali COVID-19 w ogóle nie będzie? Czy przyjdzie dopiero w przyszłym roku?Prawdziwa druga fala COVID-19 nadejdzie może za rok może za dwa, jak wirus zmutuje, albo nie będzie szczepionki. Historia pandemii wielokrotnie pokazuje, że drugie fale są groźniejsze od pierwszych. Dlatego musimy być bardzo czujni, bo to nowy wirus i niewiele wiemy o jego zmienności. Tłok na plażach. Turyści za nic mają obostrzenia?Pana zdaniem szczepienia przeciwko grypie powinny być obowiązkowe? Powinniśmy je robić na masową skalę?Uważam, że obowiązkowość jest tylko wtedy uzasadniona, kiedy skuteczność jakiejś interwencji jest, po pierwsze – bardzo dobrze udokumentowa, a jej zaniechanie prowadzi do zagrożenia zdrowia publicznego, po drugie – jest bezpieczna, tak jak szczepienia powszechne, po trzecie – dotyczy tych grup, w których korzyści i zdrowie publiczne przemawiają za takim rozwiązaniem. Szczepienia przeciwko grypie nigdzie na świecie nie są obowiązkowe, z wyjątkiem pewnych grup, na przykład zawodowych: pracowników ochrony zdrowia, czy opiekunów seniorów i chorych. Mamy w Polsce takie jedno obowiązkowe szczepienie już od lat, tylko mało kto o tym wie – wszyscy medycy przed rozpoczęciem pracy muszą być zaszczepieni przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B. I nikt nie protestuje. Dlatego w sytuacji pandemii, trzeba być, moim zdaniem, otwartym na wprowadzanie szczepionek obowiązkowych dla lekarzy, pielęgniarek, ratowników, opiekunów w domach pomocy społecznej, być może dla nauczycieli itd.. itd. Ale to powinno być wcześniej omówione i przygotowane. Nie można ogłosić 1 września, że szczepienia przeciwko grypie są obowiązkowe i musimy zaszczepić wszystkich medyków w ciągu miesiąca. To powinno być bardzo dobrze przygotowane wcześniej, więc ta dyskusja już powinna się toczyć, dyskusja chociażby z samorządem lekarskim, czy pielęgniarskim, związkami zawodowymi. To są decyzje, które wymagają akceptacji środowiska. Jeśli ogłosimy taki obowiązek, a nie uzgodnimy zasad wprowadzenia tego obowiązku, to będzie jest zwolennikiem szczepień, prawda?Tak, oczywiście, jestem zwolennikiem profilaktyki, bo uważam, że lepiej zapobiegać niż walczyć potem ze skutkami chorób. Usłyszałam taką opinię, że szczepionka przeciw grypie, pomoże wszystkim, bo jeśli ktoś zachoruje na COVID-19 i na grypę jednocześnie, to objawy będą jednak Zachorowanie na COVID i grypę jednocześnie przebiega ciężej, już to wiemy. Ale w szczepieniach przeciw grypie w tym sezonie chodzi jeszcze o coś więcej - żeby nie mieć całej masy pacjentów grypowych, którzy będą się mieszać z pacjentami z COVID-19. Więc, jeśli dałoby się zaszczepić jak największą grupę osób na grypę, to tylko by nam pomogło. Usłyszałam taki komunikat z WHO, żebyśmy aż tak bardzo nie liczyli na szczepionkę, że będzie późno, a może w ogóle jej nie będzie. O co w tym wszystkim chodzi, pana zdaniem?Rozumiem działanie WHO, które schładza emocje, które się pojawiają wśród ludzi siedzących w mediach. Pojawiają się liczne informacje, że ta szczepionka już jest, albo za chwilę będzie – a tak nie jest. Badania trzeciej fazy zazwyczaj trwają około pół roku. Więc newsy, które czytamy w mediach, że szczepionka jest już prawie gotowa, że za chwilę wszystkich nas uratuje, wcale nie oznacza, że to prawda. Firmy farmaceutyczne wypuszczają takie baloniki medialne, ale to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Musimy być bardzo ostrożni, bo dopóki nie uzyskamy preparatu o potwierdzonym bezpieczeństwie i skuteczności, szczególnie w grupach seniorów, to nie można przedwcześnie o nim mówić i ogłaszać zwycięstwa. Trzeba być bardzo cierpliwym i o to, jak przypuszczam, chodzi krajem, w którym liczba zachorowań na COVID-19 spada jest Szwecja. Więc może model przyjęty przez tamte służby sanitarne był lepszy, może nie trzeba było robić tak głębokiego lockdownu?Niestety, ten model walki z pandemią nie okazał się skuteczny – w tej chwili, po prawie czterech miesiącach, widzimy już, że nie stało się tak, jak zakładali Szwedzi. Szwecja ma jeden z najwyższych wskaźników śmiertelności na COVID-19 w Europie, dorównuje krajom, które wprowadziły z opóźnieniem lockdowny. Zawsze można powiedzieć, że Szwedzi nie wprowadzili lockdownu, ich gospodarka nie ucierpiała, ale śmiertelność mają taką samą jak Włochy czy Hiszpania. Ale mogli mieć tak niskie wskaźniki śmiertelności jak w Niemczech. Moim zdaniem, lepszym modelem do naśladowania, byłby model niemiecki. Tam śmiertelność to około 100 przypadków na milion mieszkańców. A na czym polega model niemiecki?Niemcy wykorzystali dostępne opcje zapobiegania, wykrywania, opóźniania epidemii i skutecznego leczenia. Pomógł im dobry lokalny system opieki zdrowotnej, gęsta sieć szpitali oraz specjalistyczne instytucje naukowe. Szybko zbudowali system testowania oparty na własnych testach, testują dużo, ale w sposób celowany - w Unii Europejskiej mają najwyższy wskaźnik testów na potwierdzony przypadek. Wdrożyli skuteczną strategię ochrony osób starszych w domach opieki. Od kwietnia, gdy złagodzono lockdown, wprowadzono strategię opartą na dowodach naukowych i ciągłym śledzeniu kluczowych wskaźników, więc kiedy w maju wzrosła liczba zakażeń, wprowadzono powszechnie akceptowany do dziś, wymóg noszenia masek w miejscach publicznych, którego nieprzestrzeganie grozi wysoką karą finansową. Władze regularnie komunikują się przez media, pokazują filmy o tym, co zostało zrobione. Dzięki tej przejrzystości zdobyły duże zaufanie i poparcie - opracowana przez niemiecki rząd aplikacja Corona Warning została pobrana przez 15 milionów ludzi. Aplikacja ma ostrzegać osoby, które miały kontakt z osobą zakażoną i przyczyniać się do przerwania łańcucha pan ocenia, jak świat w ogóle radzi sobie z pandemia?To bardzo trudne pytanie, myślę, że nie ma jednego modelu radzenia sobie z pandemia. Na pewno brak strategii, jak w przypadku Brazylii, gdzie władze przez tygodnie udawały, że nie ma pandemii, prowadzi do katastrofy. Ale wiele osób straciło życie w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie powinno być lepiej, choćby Wielka Brytania. Dlatego, ludzkość próbuje zrozumieć to, co dzieje się wokół. Próbuje zrozumieć tego wirusa. Pamiętajmy o tym, że od czasów Hiszpanki, czyli ponad 100 lat temu, nie było takiej sytuacji. W związku z tym, mierzymy się z czymś, co wydarzyło się po raz pierwszy i dotyczy nas wszystkich. To jest precedens. Żadna inna choroba nie rozprzestrzeniła się w ciągu trzech miesięcy na cały świat i nie była aktywna w taki sposób. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni, że wybuchają epidemie lokalne, a to ebola w Afryce, a to zika w Brazylii, czy ptasia grypa w Azji, ale nie było takiej sytuacji, że wszyscy: Anglicy, Rosjanie, Chińczycy, Amerykanie są dotknięci tym samym problemem. Mało tego, okazuje się, że ten problem dotyka również kraje wysoko rozwinięte – do tej pory było jednak zupełnie inaczej. Zawsze skutki epidemii, przynajmniej jej pierwszej fali, bardziej odczuwały kraje rozwijające się, a dzisiaj widzimy kolosalną śmiertelność chociażby w Belgii, w Holandii, Anglii, czy w Stanach Zjednoczonych. Więc to jest zaskakujące dla wszystkich. I dodatkowo problemem jest fakt, że mamy rozwiniętą technologię, naukowo stoimy bardzo wysoko, co pozwoliło bardzo szybko rozpoznać problem, bo minęły raptem dwa tygodnie i poznaliśmy kod genetyczny wirusa, a po pół roku o tym wirusie wiemy tyle, co o innych po wielu latach, natomiast to się nie przekłada na możliwości zapobiegania kolejnym zakażeniom. I stąd ta frustracja, bo z jednej strony wiemy tak dużo o COVID-19, a z drugiej cały czas są nowe zachorowania. COVID-19 szerzy się głównie drogą kontaktów bezpośrednich, drogą kropelkową i nauka niewiele może tu zdziałać. Po prostu trzeba nosić maskę i wtedy człowiek jest bezpieczny, a noszenie maski jest zależne od gotowości społeczeństwa do tego typu zabezpieczeń. My przegrywamy komunikację ze społeczeństwem. Nauka niewiele tu zdziała, co z tego, że znam kod genetyczny wirusa, kiedy pani w sklepie mówi mi, że nie będzie nosić maseczki, bo nie i że problem z komunikacją ze społeczeństwem wynika także z zachowania premiera, prezydenta, w ogóle polityków. Lekarze, eksperci swoje, a oni swoje – przynajmniej w czasie kampaniiNo tak, tylko zadajmy sobie podstawowe pytanie: Czy politycy kreują ludzkie poglądy, ludzkie zachowania? Naprawdę pani w bo wierzy? Ja nie jestem pewny. Myślę, że jednak w dużej mierze to, co mówią politycy przetwarzają media i do ludzi idzie taki, a nie inny przekaz. Myślę, że politycy nie mają aż tak silnego wpływu na nas, natomiast, bardzo silny wpływ mają na ludzi media. Przecież media nie ogłosiły końca pandemii!Oczywiście, że media?Wszystkie! Tylko ustami osób publicznych. Pokazując polityków, którzy mówią o końcu pandemii, media nagłaśniają te twierdzenia. Nie mówię, że wszyscy dziennikarze ogłosili swoje koncepcje w związku z COVID-19, ale pokazując ludzi, którzy głoszą takie, a nie inne poglądy, media to mimowolnie spopularyzowały. Myślę, że dysproporcja między przekazem była ogromna: eksperci zajmują w mediach 5 procent czasu, a 95 procent czasu - politycy, celebryci i zupełnie inny przekaz. A najgorszy jest ten przekaz podprogowy. Jak się widzi polityka z najwyższych szczebli władzy w tłumie wielbicieli bez zabezpieczeń, to nie trzeba żadnych dodatkowych komunikatów. Jak pan myśli, jak może rozwinąć się sytuacja? Na szczepionkę, póki co nie ma co liczyć, więc co robić? Jak scenariusz jest najbardziej prawdopodobny?Nie jestem wróżką, nie umiem przewidzieć, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny i jak rozwinie się sytuacja. Ta pandemia jest tak zmienna, że musimy być przygotowani na różne scenariusze. Uważam, że najważniejsze jest zadbanie o bezpieczeństwo społeczeństwa. Musimy z najwyższą uwagą przystępować do sezonu jesienno-zimowego, bo ludzie nie przestali chorować na inne choroby. Nie możemy unieruchomić medycyny innych chorób, bo będziemy mieli grypę i COVID. To jest dla mnie kluczowe: najważniejsze jest przygotowanie do nadchodzącego sezonu, bo będzie więcej zachorowań infekcyjnych, innych niż tylko COVID-19. Nie możemy teraz zablokować wszystkich szpitali osobami oczekującymi na diagnostykę koronawirusa. Musimy być gotowi na to, że wzrośnie liczba chorych na SOR-ach, w gabinetach lekarzy rodzinnych, w szpitalach. Nie możemy przez to unieruchomić wszystkich placówek ochrony zdrowia, bo zdarzy się katastrofa z innych powodów: ludzie będą umierali na zawały, na nowotwory, udary, bo szpitale będą poblokowane. Dla mnie to jest priorytetem. Dlatego konieczny jest przejrzysty system opieki – kto, jakich pacjentów przyjmuje, komu robimy testy, gdzie oczekuje się na wyniki, kogo kierujemy do szpitali zakaźnych, a kogo do jednoimiennych. Marzy mi się taki system uzgodniony z ekspertami i urzędnikami oraz gospodarzami systemu, czyli dyrektorami placówek. Nie ma co liczyć na to, że wirus zmutuje w taki sposób, że stanie się dla nas nieszkodliwy?Ja tego nie wiem, pani tego nie wie, nikt tego nie wie. Wirus cały czas mutuje. I być może te ostrzeżenia, które pojawiają się ze strony WHO są inspirowane faktem, że szczepionka oparta na kodzie genetycznym wirusa z pierwszej fali pandemii, po roku nie będzie do końca tak wirus zmutuje, ale nie tak, jakbyśmy chcieli?Tak, bo okaże się, że wirus tak zmutował, że nie ma krzyżowej odporności. Musimy z wielką pokorą śledzić biologię tej infekcji, bo cały czas jeszcze się jej uczymy. A jak już się przekonaliśmy, ta niewidoczna gołym okiem cząsteczka niezdolna do samodzielnego życia, unieruchomiła świat. MASKI FFP2 ORAZ KN95 Z FILTREM, PRZYŁBICE, ŚRODKI DO DEZYNFEKCJI, OKULARY I INNE PRODUKTY PROFILAKTYCZNE PRZECIWKO WIRUSOM I BAKTERIOM >> Sprawdź w naszym sklepie <

pan paweł nie ma fal